Autor: Wiktoria Lebryk
nadchodzi wiosenne przesilenie. depresja wkracza jak nie drzwiami to oknem. dlaczego tak się dzieje? otóż dochodzi do zaburzenia rytmu dobowego, a nasz organizm złakniony coraz to nowych bodźców po prostu nie wyrabia. ten fenomen, który swoją drogą zwie się SAD (od Seasonal Affective Disorder) i smutny w zasadzie jest i sam w sobie, często dotyka osób z wrażliwym układem nerwowym. w takim miksie pogodowym jaki aktualnie doświadczamy, kiedy to raz nam się chce, a raz nie, raz słońce wygląda zza chmury, a raz nie, najlepszym rozwiązaniem wydaje się być w końcu zaszycie się w swoich czterech ścianach i odpalenie nie jednego a kilku filmów. weźmy zróbmy sobie na przełomie tych dwóch sezonów, porządny maraton filmowy. nawet jeśli masz doła, to już przychodzę z pomocą i kilkoma polecajkami wpisującymi się w nasz aktualny „vibe”, bo tak, mnie też dopadł SAD, ale z doświadczenia wiem, że to naprawdę chwilowe.
tak więc jak już wspomniałam film to nasz dobry przyjaciel w takim okresie. może fizycznie nas nie przytuli, ale haptycznie – już zdecydowanie tak. (swoją droga warto by się kiedyś o sztuce haptycznej rozpisać!) ostatnio natknęłam się na pozycje, która wydaje mi się idealna, bo naprawdę „przytuliła” mnie swoimi kolorami i właśnie tą przytulnością, ale także, a może przede wszystkim historią. mowa tutaj o her (2013) w reżyserii spike’a joenz. tak wiem, że jestem do tyłu, ale jeśli tak jak ja jeszcze nie odkryliście tego filmu to naprawdę polecam. sztuka haptyczna zresztą nie dotknęła tylko mnie, ale nawet samego głównego bohatera. powiedzmy, że „doświadczył” całościowo pewnego systemu operacyjnego. ukazanie odosobnienia theodora (joaquin pheoenix) po rozstaniu z wieloletnią partnerką, kiedy nie umie się po nim pozbierać, jest esencją tego jak wielu z nas funkcjonuje w takich sytuacjach. kotemplacja nad tym co było, przeciąga się w nieskończoność. tym samym wkraczamy w świat bohatera, który staje się nam tak bardzo bliski, choć jednocześnie jest od naszego zupełnie odrębny. i wydawać by się mogło, że moment, w którym zaczniemy z nim rezonować, nigdy nie nastąpi.
a jednak następuje. i to w najmniej spodziewanym momencie. gdzieś pomiędzy jednym spojrzeniem w ekran a drugim. pomiędzy powiadomieniem, które ignorujemy, a tym, które jednak otwieramy. nagle orientujemy się, że ta historia wcale nie jest o przyszłości. że to nie jest film o technologii. tylko o samotności, która przybiera coraz bardziej „estetyczne” formy.
i może właśnie dlatego tak dobrze się to ogląda w momentach przesilenia. bo zamiast walczyć ze swoim stanem, możesz go trochę „oddać” komuś innemu. przerzucić ciężar na bohatera. zobaczyć, jak ktoś inny nie daje rady i w dziwny sposób poczuć ulgę, że nie jesteś w tym sam.
to jest chyba w ogóle największa siła kina w takich momentach. nie to, że cię naprawi. nie to, że nagle wszystko stanie się lżejsze. tylko to, że ktoś już tam był. ktoś już to poczuł. ktoś już to przeżył – i zostawił ci po tym ślad w postaci obrazu.
więc jeśli masz dziś dzień, w którym trochę mniej się chce – nie walcz z tym na siłę. naprawdę nie musisz być produktywny, kiedy twoje ciało wyraźnie mówi „pauza”. może zamiast tego zrób sobie herbatę, zgaś górne światło i włącz coś,
co pozwoli ci na chwilę zniknąć.
a potem, zupełnie niepostrzeżenie, wrócić.
albo przynajmniej spróbować.
bo tak jak w „her” pokazano tę refleksję nad czasem, jego płynnością, przeszłością i tym co dopiero nadejdzie, tak ty połóż się i chłoń co najlepsze. połóż się, jeśli nie z filmem, to z książką w ręku, albo z dziennikiem, w którym wylejesz wszelkie kłębiące się myśli. bo chociaż theodor spędza godziny na rozmowach z kimś, kto fizycznie nie istnieje, jednak odczuwa pełnoprawny kontakt. my też ten kontakt odczujemy stosując te wyżej wymienione środki „komunikacji” wewnętrznej. i w tym właśnie tkwi ta magiczność SAD. bo czasami wszystko, czego potrzebujemy to obecność, choćby wirtualna bądź fikcyjna, żeby poczuć, że coś porusza się w naszym świecie, który w danym momencie jest nieruchomy.
i tym sposobem mogę płynnie przejść do kolejnego punktu, który uważam idealnie wpisuje się w ten „smutny”(mocno naciągane, bo wcale tak być nie musie) klimat. lost in translation (2003) sofii coppoli. każdy widział, każdy wie. ale czy na pewno? bo samotność przychodzi tutaj poziomo. wkracza mimochodem. nie nagle, nie przygniata, tylko przesuwa się cicho pomiędzy neonami tokijskich ulic i pustymi hotelowymi korytarzami. bill murray i scarlett johansson spotykają się przypadkiem, a ich relacja nie zmienia niczego w świacie, a zmienia wszystko w świecie za=nanym nam – widzom. W tym filmie nie chodzi o rozwiązania tylko o rezonans emocjonalny, który powstaje między dwoma ludźmi, którzy niczego od siebie nie oczekują.
i wiesz co jest w tym piękne? że film pokazuje samotność nie jako wadę, ale jako przestrzeń odkrycia siebie. obserwując ich drobne gesty, milczenia i nieśmiałe uśmiechy, zaczynasz doceniać, że czasem to bycie razem w niepewności może być bardziej uzdrawiające niż jakiekolwiek rady czy radykalne zmiany. i nagle rozumiesz, że w tych chwilach „niechęci do świata” można odnaleźć coś, co pozwala przetrwać. cudzą obecność, nawet jeśli jest ledwie wyczuwalna. piękny i duszny to film. bardzo lubię do niego wracać, także i tobie polecam sentymentalny rewatch.
a teraz może bardzo oczywisty wybór, bo padło na melancholię (2011) larsa von tiera. zmiana tempa i akcja. tu depresja nie jest dyskretnym cieniem. jest planetą nadciągającą wprost nad ciebie. spowolniony film, jakby każdy kadr ważył tonę, zmusza widza aby odczuwał wszystko w tempie, którego nie kontroluje. i to jest właśnie to, co.w SAD jest tak znajome. nie da się uciec, nie da się przyspieszyć. Trzeba poczekać, aż minie, albo nauczyć się w tym istnieć. ale mimo wszystko jest w tym coś pięknego. bo melancholia nie ocenia, nie oferuje rozwiązań, tylko pozwala obserwować własne emocje z dystansu. Jakby ktoś włączył zwolnione tempo naszego życia i powiedział „zobacz co się dzieje”. a czasami patrzenie z boku, z lekkim przerażeniem, daje ulgę. pozwala powiedzieć sobie „ok, tak. czuję się przytłoczona i to jest w porządku”. i w tym momencie film staje się nie tyle rozrywką, co partnerem w przeżywaniu własnej wrażliwości.
i tak mogłabym się rozpisywać o wielu filmach, bo w takim okresie na pewno sięgnęłabym po call me by your name, który jest swoją drogą jednym z moich ulubionych filmów i w zasadzie może nas wprawić w ten już letni, a zarazem kontemplacyjny nastrój. wydaje mi się, że jest on świetnym kontrapunktem do „wiosennego przesilenia”, które wisi w powietrzu. a jeśli lubicie te filmy starszej daty, to zdecydowanie warto „odpalić” sobie paris texas (1984) wendersa i troszkę bardzo się wzruszyć. o jeszcze ewentualnie little miss sunshine (2006) czyli depresja w wersji rodzinnej, ale podana z lekką ironią i ciepłem.
okej przebrnęliśmy razem przez tę „niekończącą” się listę, tak więc chyba czas na jakąś przyjemną klamerkę (?)
.
.
.
kończąc tę wyprawę w świat theodora i przez neonowe hotelowe korytarze tokio, przez spowolniony, przytłaczający rytm melancholii i wreszcie przez mglistą codzienność garden state, coś w nas się zmienia. nie drastycznie, nie od razu, ale subtelnie. jakby ktoś wyjął fragment naszej samotności, potrząsnął nim delikatnie i odłożył z powrotem, tylko że teraz ciężar jest trochę lżejszy.
bo filmy, tak jak książki, muzyka czy rozmowy, działają trochę jak małe, ciche wsparcie. nie obiecują naprawy, nie obiecują, że świat stanie się od razu jakiś jaśniejszy, ale pozwalają odetchnąć. pozwalają poczuć, że nie jesteśmy w tym sami, nawet jeśli wokół nas trwa chaos. że czyjaś historia, czyjaś samotność może rezonować z naszą własną i nagle czujemy ulgę, której nie dałaby żadna porada czy lista „jak przetrwać przesilenie”.
więc jeśli dziś wiosenne przesilenie dopadnie cię od drzwi, albo oknem, nie walcz. pozwól sobie na chwilę zawieszenia. zaparz herbatę, odpal film, nie spiesz się. obserwuj bohaterów, obserwuj siebie, pozwól, żeby kilka historii wtuliło się w twój nastrój. a może nawet odkryjesz, że w tym całym zamieszaniu jest coś pocieszającego: że chwilowa melancholia może być piękna, jeśli tylko potrafimy spojrzeć na nią przez właściwy kadr.
i kiedy już maraton się skończy, a ekran zgaśnie, może nie poczujesz się od razu lekko, może nadal będzie trochę smutno. i w porządku. ale gdzieś po drodze, między uśmiechem, westchnieniem i zamkniętym laptopem, odnajdziesz moment, w którym twój świat znów jest trochę bardziej znośny.
bo czasem nie chodzi o rozwiązania, tylko o obecność.
nawet tę najbardziej nieoczywistą.

